Connecticut

poleć serwis drukuj
Ewa Demarczyk...

„Duszy pejzaż – Epitafium dla Ewy Demarczyk”

10-27-2020

15 sierpnia br. w wieku 79 lat zmarła Ewa Demarczyk, polska artystka związana z legendarną Piwnicą pod Baranami, znana z kultowego utworu „Karuzela z madonnami” oraz wyjątkowych interpretacji wokalnych poezji Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Na kanwie jej utworów Teatr Wyobraźni Novum z Hartford, CT przygotowuje spektakl pt. „Duszy pejzaż – Epitafium dla Ewy Demarczyk”. O swoim spotkaniu z twórczością tej niezwykłej wokalistki rozmawiają Kinga Jastrzębska-Krzemień i Dorota Kościuk-Borkowski z Teatru Wyobraźni Novum.

Kinga: Pamiętasz, kiedy po raz pierwszy usłyszałaś głos Ewy Demarczyk? Bo ja pamiętam!

Dorota: Już jako mała dziewczynka. Mieliśmy w domu płytę Ewy Demarczyk i często zasłuchiwałam się w Jej magnetyzujący głos. Pamiętam, że wówczas jedną z moich ulubionych piosenek była „Rebeka” i bardzo podobało mi się to imię. Cała Polska poznała Ewę Demarczyk w 1963 roku, kiedy to wystąpiła na festiwalach w Opolu oraz w Sopocie. Obu nas nie było jeszcze na tym świecie.

A Ty, kiedy Ją usłyszałaś po raz pierwszy?

Kinga: Elektryzujący głos Ewy usłyszałam po raz pierwszy w radio. U nas w domu słuchało się programu pierwszego radia polskiego. Kiedy z radia popłynęły dźwięki piosenki śpiewanej przez Demarczyk moja mama powiedziała: „Cicho, teraz będzie śpiewać Ewa Demarczyk”. Miałam może 9, 10 lat. Jej głos brzmiał bardzo tajemniczo, donośnie, czysto. Muzyka instrumentalna w tle nie miała takiego znaczenia. Jej śpiew był całą muzyką. Z resztą to dzięki mojej, nieżyjącej już dziś mamie, odkryłam polską muzykę i poezję.

Skąd wziął się u Ciebie pomysł na stworzenie spektaklu o Ewie Demarczyk?

Dorota: Ewa Demarczyk tkwi we mnie od zawsze. Posiadam dwa wyuczone zawody, ale od lat zajmuję się tworzeniem programów teatralno-muzycznych. Każdy wykonawca ma swoje pierwowzory i ideały. Dla mnie są to dwie artystki, obie niezwykle ekspresyjne i silne – Ewa Demarczyk i Krystyna Janda. Wynika to prawdopodobnie z faktu, że pragnę taka być.

Jak myślisz, na jakiej podstawie człowiek wybiera swoich „guru” – podobieństwa czy przeciwieństwa?

Kinga: Słowo „guru” zastąpię słowem „mistrz”, choć jest dość anachroniczne. I przywołam tu relację: mistrz- uczeń. To uczeń wybiera mistrza. Mistrzów jednak trzeba podpatrywać, a formy mistrzowskie wypełniać własną treścią.

Tym razem do spektaklu wybrałaś Ewę Demarczyk. Co to tym razem będzie?

Dorota: Będzie to spektakl słowno-muzyczny pt. „Duszy pejzaż – Epitafium dla Ewy Demarczyk”. Wykonam Jej pieśni, które szczególnie kocham. Bardzo lubię poezję śpiewaną, ponieważ dla mnie w piosence najważniejszy jest tekst. Generalnie słowo jest dla mnie podstawowym bodźcem emocji. A ponieważ z natury jestem dość emocjonalna i wszystko staram się analizować, dopisałam więc do programu własną narrację dla tych fenomenalnych pieśni – wierszy.

Jak sądzisz, co jest nadrzędne w piosence – tekst czy muzyka?

Kinga: Claude Debussy powiedział, że „Muzyka zaczyna się tam, gdzie kończą się słowa”. A ja pokuszę się zadać pytania: To zależy jaka muzyka, jakie słowa? Wiele współczesnych piosenek po rozłożeniu na dwie części – słowa i melodię – bardzo często rozczarowuje. Muzyka mało oryginalna, słowa zbyt infantylne. Dość często tworzą coś, co łatwo wpada w ucho i do czego lekko przytupuje się nogą. Osobiście uważam, że słowo i muzyka to cudowna symbioza, ale tylko wtedy, kiedy tworzą wysublimowaną całość. Ktoś kiedyś pięknie to określił: „dźwięk słów”. Może dlatego to, co wykonywała Demarczyk, czyli poezja śpiewana, nie znajduje dziś szerszego poklasku. A przecież w jej dorobku znalazła się również „Ballada o cudownych narodzinach Bolesława Krzywoustego”, na fragmencie „Kroniki polskiej” Galla Anonima. Jak widać można było zaaranżować, a następnie wykonać tekst pochodzący z XII wieku i jeszcze zrobić z niego przebój.

Kogo zaprosiłaś do współpracy nad nowym spektaklem muzycznym?

Dorota: Zaprosiłam dwoje muzyków, których znam od początku mego istnienia na emigracji: Renatę Krzyszczyk-Kwaśnik – pianistkę i pedagoga muzycznego, u której brałam lekcje śpiewu, ale także w latach ‘90 wspólnie stworzyłyśmy wiele programów dla telewizji Kalejdoskop oraz Andrzeja Mazura, u którego śpiewałam w zespole muzycznym, a następnie w 1995 roku stworzyliśmy pierwszy zalążek Teatru Wyobraźni Novum.

Zaprosiłam również Ciebie. Jak myślisz, dlaczego?

Kinga: Muszę przyznać, że kiedy do mnie zadzwoniłaś z propozycją występu w spektaklu muzycznym: „Duszy pejzaż”, to nie byłam zaskoczona. Wcześniej miałam sen, że razem nad nim pracujemy. Może dlatego, że na płaszczyźnie artystycznej chyba dobrze się rozumiemy. Lubię takie wyzwania artystyczne, jakie proponujesz w Teatrze Wyobraźni Novum. Dane mi role prowokują do odnalezienia kogoś innego we mnie samej. Wierzę, że każdy z nas ma nałożonych na siebie kilka płaszczyzn osobowości. Aby odkryć je w sobie, trzeba się przenieść w inny wymiar. Mi właśnie teatr na to pozwalał.

Dorota: Znam Cię doskonale jako aktorkę Teatru Wyobraźni Novum, jak zresztą wszystkich tam artystów. Mogłabym z łatwością dla każdego indywidualnie napisać oddzielną sztukę. Doskonale orientuję się, jaki mają potencjał i zdolności. Ale jest także coś, co bym nazwała wnikliwością i skupieniem nad sensem tekstu, a co za tym idzie rozumieniem sedna danej sztuki. Ta umiejętność jest troszkę bardziej skomplikowana, bo wymaga więcej wrażliwości, oczytania i skojarzeń. Jesteś właśnie jedną z takich aktorek. Innym powodem jest fakt Twego zerwania z cyklicznych występów w Teatrze, na rzecz działalności w „eterze”. Dla mnie jako reżyserki jest to marnowanie Twojego potencjału zarówno aktorskiego, jak i urody. Ale może jesteś zbyt skromna lub zbyt młoda i dlatego to bagatelizujesz.

Jak to jest z Tobą?

Kinga: Mogłabym się tu wynurzyć i napisać pracę obronną… Wiesz dobrze, że trzeba odejść, żeby powrócić. I takie odejścia i powroty są potrzebne. Poza tym, podpiszę się pod tym, co powiedział Krzysztof Jasiński, reżyser i dyrektor Teatru Stu: „Nie można odejść z Teatru. Można w nim tylko umrzeć”. A tak szczerze, pociąga mnie aktorstwo jako warsztat, jako budowanie portretu psychologicznego i fizycznego postaci. Praca nad rolą jest jak obrabianie kawałka drewna i to, co próbował uczyć teatr Stanisławskiego: próbą odnalezienia granej postaci w sobie. Samo zagranie roli na scenie przed wypełnioną salą jest produktem gotowym, skończonym. Schodzisz ze sceny, słyszysz brawa, ludzie do ciebie podchodzą, gratulują, dzielą się odczuciami… i światełko gaśnie.

Mówisz obrazami, kiedy opowiadasz o swoim kolejnym artystycznym projekcie w Teatrze Wyobraźni. Z dokładnością planujesz każdy detal, wyrysowujesz każdy szczegół, projektujesz przestrzeń sceniczną, zanim dojdzie do jakiekolwiek akcji. Wiesz, co chcesz usłyszeć na scenie. Przez co zarówno stajesz się reżyserem, ale też i widzem. Ta aura rozplanowywania kolejnego artystycznego projektu staje się punktem wyjścia do pracy całościowej. Uzurpujesz sobie też prawo wyboru widza, który zasiądzie na scenie i obejrzy Twoje kolejne przedstawienie. Ewie Demarczyk również zależało na świadomym widzu, który przychodzi posłuchać jej śpiewu, który przychodzi ze swojej nieprzymusowej woli, a przy tym zna się na poezji. Poezji wielkiej, niełatwej zwłaszcza do śpiewania. Po co w ogóle przygotowujesz ten recital i dla kogo?

Dorota: Długie pytanie, więc zacznę od końca. Ten spektakl, mimo że sygnowany przez Teatr Wyobraźni Novum, będzie jednak moim własnym autorskim programem, o którym marzyłam od lat. Postanowiłam go stworzyć sobie w prezencie, gdzie nie muszę się liczyć z obsadzaniem ról wszystkich członków Teatru oraz przygotowaniem ich i całego spektaklu. Tym razem mogę się skupić wyłącznie na sobie.

Tak, to prawda – jeśli reżyser ma wizję, wie również doskonale, z jakim przesłaniem chce dotrzeć do widza. Z widzem jest pewien kłopot, chyba nawet większy niż z aktorem, którego się prowadzi. Aktor jest współtwórcą spektaklu, a więc towarzyszy całemu procesowi tworzenia i nawet jeśli na początku nie wie, o co chodzi, to w efekcie końcowym potrafi doskonale przekazać zamierzony cel. Widz jest dla nas zagadką. Nie wiemy, czy przyszedł z poczucia zaspokojenia własnej wrażliwości, czy nie wypadało mu odmówić znajomym. Jakkolwiek by nie było, każdy widz jest tak samo ważny, a jeśli teatr spełni swoje zadanie, to potrafi zaczarować nawet przypadkowego przechodnia. Nie ukrywam, że w dużych produkcjach Teatru Wyobraźni Novum zawsze biorę pod uwagę fakt, że nasza Polonia woli sztukę lżejszą i bardziej zrozumiałą, co nie znaczy banalną. Często sięgam po klasykę oraz wykorzystuję największe standardy muzyczne.

Ten spektakl jednak, będzie wymagał odbiorcy wybitnie wrażliwego na poezję śpiewaną i zakładam, że tacy są.

Odpowiadając na pierwszą część pytania, jestem plastykiem i myślę obrazami. Jeśli piszę jakikolwiek scenariusz, to na ogół wiem, jak chcę go zobaczyć na scenie z najdrobniejszymi szczegółami – charakterem aktorów, strojami oraz dekoracją. Taką mam wyobraźnię.

Ewa Demarczyk była niezwykle wymagająca zarówno w stosunku do siebie, muzyków, z którymi tworzyła, jak i publiczności. Miała to szczęście pracować z najlepszymi, a jeśli chodzi o publiczność, wydaje mi się, że była to jednak ta najbardziej inteligentna i uwrażliwiona. Mój program, to prosty hołd dla ukochanej niedoścignionej gwiazdy.

Jak sądzisz – jak dalece powinno się naśladować idola?

Kinga: Na tyle dalece, aby nie zatracić siebie, swojej osobowości, odrębności, własnego ja. Ewa Demarczyk podkreślała zawsze, że nie uprawiała „sztuki dla sztuki”. Była absolutnie do dyspozycji publiczności od momentu, kiedy wchodziła na scenę, zaczynały się dźwięki, cała oddawała się widzowi w momencie, kiedy śpiewała. Poza sceną chciała być incognito. Nie chciała być na sprzedaż. Uważała, że jej śpiewanie powinno wystarczać. Na czym wg Ciebie polega fenomen Ewy Demarczyk – polskiej Edith Piaf?

Dorota: Może zabrzmię naiwnie, ale takie talenty jak Piaf czy Demarczyk to dary z nieba. Są to tego rodzaju talenty, które się samoistnie uwalniają i uświadamiają artyście, że nie może robić niczego innego. Demarczyk nie uprawiała „sztuki dla sztuki”, mając na myśli swoją rolę w przekazywaniu pieśni. Świadomie pozbawiała się całej gamy pomocy scenicznych, całego tego blichtru, z którego często korzystają artyści. Jej scenografia to czarna scena, czarna suknia, jeden snop światła na twarz i nieruchome oczy. Doskonale zdawała sobie sprawę, że w swych pieśniach przekazywała wielką poezję, która już sama w sobie jest potężnym wodospadem przelewających się przeżyć, faktów, wniosków, filozofii, emocji danego poety. Była swoistym medium poetów, przez którą w szalenie emocjonalny sposób przepływały konkretne treści. Podejrzewam również, że w wypadku Ewy Demarczyk eksploatacja organizmu podczas występów była tak ogromna, że nie była w stanie grać roli gwiazdy poza sceną. A publiczność przecież wymaga od gwiazd, by były perfekcyjne i dyspozycyjne o każdej porze dnia. Tak zachowują się ignoranci, którzy nigdy nie przeżyli adrenaliny podczas występu. Są oczywiście i takie gwiazdki, które pasjami opowiadałyby o swoim życiu prywatnym i pokazywały na zdjęciach, ale co to ma wspólnego ze sztuką?

Kinga: Ewa Demarczyk oddawała się widzowi w całości tylko na scenie. Wizerunek, głos, interpretacja – to wszystko składało się na niepodrobioną osobowość. Nieważna była czerń jej sukni, nieistotny stawał się gest, grymas, nie rozpraszało mrugnięcie powieką. Ważne było słowo wprawione w muzyczny ruch. Istnieje publiczność, której nie wystarczy gotowy produkt. Potrzebują artysty w łóżku, w kuchni, bez makijażu, na zakupach. Niestety niektórzy artyści potrzebują większej promocji. Sztuka powinna bronić się sama.

Wydaje się, że Kraków nie do końca ją kochał i doceniał. Demarczyk uciekła od przyjaciół, od mediów, od artystów, od swoich wiernych widzów, na których jej najbardziej zależało, aż wreszcie od siebie samej. Zatraciła się w muzyce, w tekście – to złamało jej życie, a niektórzy twierdzą, że nawet „złamało jej karierę”. Osobiście nie uważam, że kariera Demarczyk wygasła. Przede wszystkim sama artystka nie lubiła słowa „kariera”.

Dorota: Tutaj znowu muszę stanąć w Jej obronie. Nie chcę być patetyczna, ale Ewa Demarczyk już za życia była naszym dziedzictwem narodowym. Szkoda tylko, że zwykła małostkowość samorządów miejskich tego nie doceniała. Nie doceniali tego również kolejni ministrowie kultury. Nikt nie pomógł, kiedy została eksmitowana z dwoma fortepianami na bruk. Zamilkła więc. Po dwudziestu latach, 26 sierpnia tego roku, na Jej pogrzebie Kraków przeprosił Ewę Demarczyk. Cóż za gest!

Zastanawiam się często, co jest z naszym narodem nie tak, że tak łatwo negujemy ludzi obdarzonych talentami, których sami nie posiadamy. Czy jest to kwestia obniżającego się poziomu edukacji, kultury osobistej czy kompleksów? Potrafię zrozumieć brak chęci odkrywania danych nam talentów – bo każdy je niewątpliwie posiada, ale na litość, dlaczego nie doceniamy ciężkiej pracy artystów, którzy poświęcają często całe swoje życie na szlifowanie warsztatu, aby coś komuś przekazać. Dlaczego pozwala się na tego rodzaju myślenie jak: „po co nam elity, po co artyści, po co nam sztuka?”. To się tylko prosi o dobry wiersz.

Jak sądzisz, komu zależy, aby zrobić ze społeczeństwa nudną, antytwórczą, niewrażliwą masę?

Kinga: Sztuka wymaga odwagi. Odwagi do wyjścia ze strefy komfortu. Odwagi do zainteresowania się

czymś więcej niż tym, co podają nam media, czymś więcej niż tylko napełnieniem swego brzucha, czymś więcej niż inwestycją w nowy samochód. Odpowiadając na Twoje pytanie: komu zależy...? Trudno szukać winnych. To społeczeństwu powinno zależeć, aby tę sztukę oswoić, aby podejść łagodnie do niej, a nie z przekonaniem, że np. poezja ma kolce. Warto wspomnieć o edukacji artystycznej, która jest traktowana po macoszemu w szkołach. I tu ogromna rola spada na nauczycieli, aby pokazywali powiązania między literaturą a malarstwem, między poezją a muzyką. Warto pokusić się o odkrycie sztuki dla siebie, zastanowić się: Do czego może nam służyć? A artyści? Artyści są wśród nas! Trzeba ich tylko pokochać! Demarczyk powiedziała kiedyś: „... Normalnie, śpiewając, staram się zapomnieć o istnieniu słuchaczy, koncentruje się na samym śpiewaniu. (...) A po występie w paryskiej Olimpii stwierdziła: „Wkrótce jednak zrozumiałam, że najważniejszym jest narzucać słuchaczom swój nastrój”. Nastrój ten budowała nie tylko swoim pięknym głosem, ale też interpretacją poezji, którą śpiewała, sięgając po takich poetów jak Krzysztof Kamil Baczyński, Bolesław Leśmian, Julian Tuwim, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska.

Z jakimi myślami chciałabyś zostawić widza po swoim spektaklu?

Dorota: W głębi duszy myślę, że czegokolwiek byśmy nie robili, to wszystko robimy wyłącznie dla siebie. Z tej prostej przyczyny, że działanie pod tzw. „publiczkę” wymaga dużo więcej wyrafinowania. Jeśli odczuwamy głód tworzenia czy wykonywania czegokolwiek, to wypływa to przecież z naszego wnętrza. Nieważne są wówczas konsekwencje. Najtrudniejsza w tym jest jednak odwaga i powiedzenie sobie – wchodzę w to. To jest to, czego uczę wszystkich w moim Teatrze. I czym bardziej ktoś idzie na całość, tym lepsze są rezultaty. Bardzo ważne jest wówczas wsparcie grupy oraz najbliższego otoczenia. Ja się odważyłam na taki krok dla samej siebie. Uwielbiam poezję, więc interpretacja nie jest dla mnie problemem. Mam również to szczęście, że muzycznie przygotowuje mnie Renata, która nie dość, że przepięknie gra na fortepianie, to jest niezwykle wrażliwa. Rozumiemy się więc doskonale między Jej nutą a moim słowem.

Z jakimi myślami chciałabym zostawić widza? Chciałabym nawiązać z widzem taki nadziemski kontakt przez treści wyśpiewanej poezji, żeby mieć świadomość wspólnego odczuwania. Tak bardzo nam tego, w dzisiejszym świecie przepychania się na poglądy, potrzeba. Poczujmy treść poezji z idealnie dla niej stworzoną muzyką.

Podobno Miron Białoszewski usłyszawszy, że jakaś Demarczyk śpiewa jego wiersz jako piosenkę, bardzo się wściekł. Ktoś go jednak namówił, aby poszedł do Piwnicy pod Baranami, aby jej posłuchać. Kiedy zaśpiewała jego wiersz: „Karuzela z Madonnami”, podszedł do Ewy Demarczyk i powiedział: „Moja cała poezja należy do Pani”.

Jak sądzisz, czy mogę liczyć na publiczność w naszym środowisku?

Kinga: Lubię wrażliwą widownię i na taką liczę na tym spektaklu słowno-muzycznym. Będzie to wspólne przeżywanie emocji zaczarowanych w poezji i dźwiękach.

Rozmawiały Kinga Jastrzębska-Krzemień i Dorota Kościuk-Borkowski


Spektakl słowno-muzyczny pt. „Duszy pejzaż – Epitafium dla Ewy Demarczyk” odbędzie się 15 listopada 2020 r. o godz. 17:00 w Moonlight Bistro, 123 Broad Street, New Britain, CT 06053. Występują: solistka – Dorota Kościuk-Borkowski, pianistka – Renata Krzyszczyk-Kwaśnik, skrzypek – Andrzej Mazur, muza – Kinga Jastrzębska-Krzemień.

Z powodu restrykcji związanych z pandemią bardzo ograniczona ilość miejsc – bilety grupowe z wcześniejszą rezerwacją, zachowanie wszystkich wymogów sanitarnych. W cenie biletu ($30) kawa, herbata, lekkie przystawki. Po rezerwację miejsc prosimy dzwonić: 860-223-7055.

wróć

Fotorelacje

37-lecie klubu Polonia Society of Korona, Inc.

W sobotni wieczór, 7 listopada, na słynnej już Polance, odbył się Bal Polonijny zorganizowany przez klub Polonia Society of Korona, Inc., podczas którego celebrowano 37-lecie istnienia tej organizacji. Fot. Facebook.com/ Polonia Society of Korona, Inc.

zobacz inne galerie

Galerie Video

Jasełka w Webster

Liturgiczny okres Bożego Narodzenia wieńczy Niedziela Chrztu Pańskiego. Uroczystość ta w bieżącym roku przypadła w niedzielę 10 stycznia. Uczniowie i nauczyciele Polskiej Szkoły Sobotniej przy parafii św. Józefa w Webster wybrali ten właśnie dzień na zaprezentowanie tradycyjnych polskich jasełek.

zobacz inne filmy

Kalendarium

Listopad
Pon Wto Śro Czw Pią Sob Nie
            01
02 03 04 05 06 07 08
09 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            
Zobacz kalendarz

Realizacja: IdeoPowered by: CMS Edito

Wszelkie prawa zastrzeżone dla BiałyOrzeł24.com